Ojcowski Park Narodowy

"Jadłem w..."

"Tak blisko, tak daleko"

Artykuł Roberta Makłowicza z "Gazety Wyborczej" (maj 1997)

Austriacy mówili mi, że jeszcze nie tak niedawno widać było, którą część ich kraju okupowali Sowieci. Gorsze tam były drogi, mniej równe chodniki. Tę obecność dziś znać już chyba tylko w piwnicach z winami - w postsowieckiej strefie nie ma trunków starszych, niż z 1946 r.

Dzisiejszy wygląd województwa miejskiego krakowskiego przypomina mi nieco sytuację Austrii sprzed czterdziestu lat. Dzieli się ono mianowicie na dwie zdecydowanie różne części, by najkrócej je nazwać: jadalną i niejadalną. Tak się przedziwnie, choć właściwie zupełnie logicznie i całkowicie zrozumiale składa, że znacznie większa, jadalna, była kiedyś w Galicji, a malutka w Kongresówce, czyli zaborze rosyjskim.

W ostatnią niedzielę bawiłem na kilkugodzinnej wycieczce w Ojcowie i Pieskowej Skale. Jest to akurat ten kawałek województwa, którym władali Romanowowie. Nie trzeba wspominać, jak tam ładnie, choć nie wszędzie, bo taka np. Skała sprawia niezwykle przygnębiające wrażenie, ze swymi typowo królewiackimi bieda-domkami w centrum i zwykłymi ruderami na obrzeżach, dziurawymi ponad normę jezdniami i przedziwną atmosferą, w której jeno wyć się chce, co zresztą wczesnym popołudniem czynił pan w kaszkiecie, umiejscowiony na balkonie lokalu z wyszynkiem, który znajduje się w samym rynku. Ot, taka bardziej zaniedbana stara Częstochowa. Inny świat.

Ale wróćmy do Ojcowa i Pieskowej Skały. Chcieliśmy pogapić się na maleńkie jeszcze listki brzóz z murów zamku, spod brzóz pogapić się na sam zamek, dotknąć dłonią nurtu Prądnika, sprawdzić, czy aby nie rozsycha się Maczuga Herkulesa i ewentualnie przepłoszyć jakieś zwierzęta dzikie, chodząc wolno wśród wapiennych wąwozów.

To wszystko okazało się niemożliwe. Wąską drogą monotonnie sunął sznur samochodów w poszukiwaniu parkingu, do zamku stała ludzka kolejka, a nad wszystkim unosiła się atmosfera niedzielnej zakładowej wycieczki. Padła więc propozycja, byśmy te kilka godzin wywczasu spędzili w którejś z miejscowych restauracji. Zmartwiałem, słysząc te słowa.

W Pieskowej Skale jest tylko jedna restauracja, na zamku. Od lat kilkudziesięciu właściwie nic się tam nie zmieniło. Że na zamku, to dobrze, ale że w restauracji, to doprawdy nie najlepiej. Gdy ostatnio tam byłem, do stołów nadal podawały kobiety w udrapowanych bistorowych zasłonach (podobny model obowiązuje w dalszym ciągu w "Wierzynku" na dole, może to nawet projekt tego samego artysty, mógł nawet dostać zań medal im. Janka Krasickiego), wianko-czepkach na głowach i rzadko już widywanych butach ortopedycznych na nogach, które przysługiwały każdemu z gastronomii, jak w innych branżach Javox czy waciaki lub gumofilce. W środku taki był zaduch, że gdyby go spuścić z murów, zgniótłby armię Kara-Mustafy.

Druga restauracja w okolicy mieści się po prawej stronie, gdy wyjeżdżać z Ojcowa, przy drodze, która dochodzi do szosy olkuskiej. Pamiętam ją od dziecka, niezmiennie tkwi w pawilonie o podobnej estetyce, co kwiaciany klomb w oponie z jelcza. Jadłem tam kilkakrotnie, zawsze odczuwając spory żal do kucharza.

Ale jest w Ojcowie jeszcza jedna knajpa, nowa, a zwie się "Zajazd Zazamcze" (Ojców 1). Przestronny, biały, trochę nowobogacki budynek, z zadbanym, by nie rzec, wymuskanym trawnikiem, przed drewniany ogródek z parasolami. Tam postanowiliśmy spędzić popołudnie.

Było dobrze, ale właściwie nie. Dobrze - bo "Zazamcze" jest bezspornie najlepszym miejscem do jedzenia w całym Ojcowskim Parku Narodowym, a nie - ponieważ generalnie nie jest to wcale miejsce dobre. Menu sztampowe, barszczowo-żurkowo-brizolowo-szatobriandowe (jak podejrzewałem, a potwiedził to kontakt słowny z panią kelnerką, polędwicę do chateaubrianda rozbijają tam tłuczkiem!). Zacząłem więc żurkiem (3 zł), nawet niezłym, bo kwaśnym, z jajkiem, kiełbasą i niespotykanym w naszych stronach dodatkiem ziemniaków puree. Skosztowałem gotowanej golonki (za dwie o wadze 92 dkg zapłaciliśmy 23 zł). Mięso różowe, czyli wcześniej peklowane, lecz twardawe. Brakowało mu niewiele - porównując brak ten z upływem czasu, mierzonym od ugotowania przez człowieka pierwszej golonki - bo jedynie ok. 30-40 min. Lecz ten ułamek maleńki tysiącami lat mierzonej historii gotowanych kolan przesądził, że kąsałem tę właśnie, konkretną ojcowską golonkę bez przekonania, a raczej dla zabicia czasu.

Z tym większą ochotą rzuciłem się na pstrąga (45 dkg - 22,50 zł). Omączony i tak usmażony, z wierzchu chrupał smakowicie, lecz w środku dziwnie jakoś był galaretowaty. Zjadłem pół i więcej nie chciałem. Nie, żeby był niedobry, ale jakiś nieprzekonywujący. Dopchałem całkiem przyzwoitymi, czyli na nie za zimny tłuszcz wrzuconymi frytkami (3 zł). I przypomniałem sobie te wszystkie knajpy, które ostatnio powstały w okolicach Myślenic, Stróży, przy zakopiance". Trzydzieści kilka kilometrów od Krakowa. Tyle, mniej więcej, co Ojców.
Tak blisko, tak daleko.

Robert MAKŁOWICZ

Copyright (c) 2000-2008 Piotr Łotocki